Nie pchaj się tam, gdzie cię nie zapraszają - powtarzał do znudzenia dziadek Szarik. Powtarzał skutecznie. Zapamiętałem! A przypomniałem sobie o tym, po usłyszeniu informacji o demonstracjach przed Białym Domem w Waszyngtonie. Demonstrowano w sprawie zmian ustawy imigracyjnej i zniesieniu wiz. Z tego, co dotarło do moich uszu, największą grupę protestujących stanowili Polacy mieszkający w USA. Nie będę wypowiadał się na temat obowiązujących tam przepisów imigracyjnych. Bo nie wiem o co chodzi. Jeśli jednak obowiązujące prawo doskwiera milionom mieszkającym tam naszym rodakom, to słusznie robią upominając się o zniesienie niesprawiedliwych restrykcji. Jednakże w sprawie zniesienia wiz dla naszych obywateli mam odmienny pogląd.
W tym przypadku stosuję się do rady dziadka Szarika. Nie zapraszają, nie pcham się! Skoro Polak traktowany jest przez Amerykanina jako persona non grata, to nie pozostaje nic innego, jak odpłacać identycznym zachowaniem. USA to państwo wielonarodowościowe. Rodowitych, rdzennych jankesów jest zaledwie garstka. Zdecydowana większość to imigranci z krajów całego świata. Z niektórych ich więcej, z innych mniej. O różnym poziomie wiedzy, inteligencji i skali przedsiębiorczości. Miałem okazję poznać polonię amerykańską. Nie całą, rzecz jasna, ale dość reprezentatywną część. Większość przyjechała tu za chlebem, niektórzy to uciekinierzy przed restrykcjami w ojczyźnie, inni, z wybitnymi zdolnościami, zakupieni przez zasobne instytucje. Powodzi im się różnie. Tylko nieliczni zrobili karierę finansową i społeczną.
Nie odpowiada mi taki żywot. Ale potrafię zrozumieć motywację emigrantów. Wiem, że żyje im się na tej drugiej półkuli coraz trudniej. Supermocarstwem zachwiał kryzys. Tak mocno, że niektórych zmuszono do poszukania drastycznych rozwiązań. Z opuszczeniem amerykańskiej ziemi włącznie. Nie interesuje mnie bezwizowa podróż do USA. Nie nęci mnie dolar i widok drapaczy chmur. Ja mam Amerykę tutaj, nad Wisłą. Z pełną swobodą i swoiskim bałaganem. Bieda? Jest, lecz taka sama jak gdzieindziej. I można sobie z nią poradzić. Zgodnie z polską zapobiegliwością, sprytem i przedsiębiorczością. A wizy do USA? Niech sobie Amerykanie wsadzą gdziekolwiek. I mam prośbę do naszych dyplomatów, by w negocjacjach, z tymi zza oceanu, przestali korzystać z klęczników. W kościele, owszem, jak najbardziej. Hau! Hau!
Jest winny obecności EPO w organizmie Kornelii Marek. To prezes PKOl P. Nurowski! Wyśledziła i odkryła to b. minister sportu, posłanka Prawa i Sprawiedliwości p. Jakubiak. Prezes Nurowski, w białym kitlu, ze strzykawkami w garści, nocą (rzecz jasna) aplikował biegaczce dopingujące środki. Oj, nie lubi pani Jakubiak Nurowskiego, nie lubi! Nie dziwię się zbytnio, bo to mało sympatyczna postać, ale posunięcie się do stawiania mu zarzutu za obecność zakazanego dopingu u reprezentantki biegającej na nartach, przekracza granice absurdu. To tak jakby winić prezesa Kaczyńskiego, za to, że p. Jakubiak zdradziła męża. Pod warunkiem, że ma męża, a nadto, że znalazła absztyfikanta do tego haniebnego czynu...
Pieniądz zniszczył sport. Nie dziś, nie wczoraj. W chwili, gdy za zwycięstwo w widowisku sportowym poszła finansowa gratyfikacja, zniknęło to, co określano mianem szlachetnej rywalizacji sportowej. Dziś pozostała tylko rywalizacja. Z potocznego języka zniknęło określenie szlachetna. Chyba, że chodzi o zaszlachtowanie kogoś, to tak, jawi się i nazbyt często. Uprawianie sportu stało się dobrze opłacanym zawodem A tam gdzie duże pieniądze natychmiast pojawiają się jeszcze większe przekręty. Dla zysku! Dwunożni na całym świecie ekscytują się piłką nożną. To ciekawa, emocjonująca gra. Szkopuł w tym, że nieuczciwa. Tak na dobrą sprawę to nie wiadomo, czy to, co ogląda kibic z trybun jest prawdziwym meczem, czy wyreżyserowanym za solidne pieniądze kiepskim widowiskiem. Kupuje się mecze. Przekupuje sędziów i piłkarzy. Dla korzyści finansowej.
W dyscyplinach indywidualnych, zwłaszcza wytrzymałościowych, sportowcy, a przede wszystkim ich opiekunowie, sięgają po niedozwolone wspomaganie organizmu. W potocznej mowie - po koks. Trwa swoista rywalizacja między producentami środków dopingujących, a tymi, którzy zakazują ich stosowania, każąc dyskwalifikacjami. Chodzi o to, by przechytrzyć strażników operacji antydopingowych. Wynaleźć preparat, którego nie ma na zakazanej liście. I nie jest to działalność pokątna, to już jest przemysł! Bardzo dochodowy - dodajmy. Bokser Saleta po to by zażywać środki dopingujące wyjechał do USA. Bo w Europie nie było wolno zażywać tego specyfiku, a na drugiej półkuli owszem, bez przeszkód i sankcji. Dziś opowiada się za zalegalizowaniem dopingu w sporcie. Brzmi to obrazoburczo, ale nie jest pozbawione sensu.
Używania niedozwolonego, farmakologicznego dopingu nie wyeliminuje się zakazami administracyjnymi. Pomysłowy dwunożny w najszczelniejszym murze znajdzie lukę. Szprycujcie się młodzi ludzie, ale przy pełnej świadomości, jakie poniesiecie konsekwencje w przyszłości. Zdrowotne konsekwencje. Z najtragiczniejszymi włącznie. Sport stał się, w dużym stopniu, wyścigiem sztucznie faszerowanych maszyn, ubranych w ludzką powłokę. Opiekun, bądź opiekunowie Kornelii Marek, wiedzieli co wstrzykują zawodniczce. To znaczy wiedzieli, że jest to preparat znacznie poprawiający wydolność organizmu biegaczki. Najprawdopodobniej nie wiedzieli, że w ampułkach jest EPO, a nie nowa odmiana koksu, nie zakazana na światowych listach. Ktoś ich oszukał. Nie wierzę bowiem, by z premedytacją sięgnęli po ordynarny, od dawna znany i rozpoznawalny koks. Ktoś zarobił, ktoś stracił, cierpi młoda biegaczka. Ku przestrodze! Hau! Hau!
Z rosnącym niepokojem rejestruję w mojej psiej świadomości zmiany, na które nie mam wpływu. A to mnie najbardziej denerwuje. Otóż z umiarkowanego entuzjasty wstąpienia naszego kraju do Unii Europejskiej, zaczynam przeistaczać się w eurosceptyka, a może nawet w nieco więcej...Owszem, swoboda w poruszaniu się po europejskim kontynencie jest wartością dodaną. Korzystam z tego dobrodziejstwa i potrafię uczciwie docenić. Ale też dzięki tej frajdzie i bliższemu kontaktowi z europejskimi krajami zjednoczonymi w Unii, zaczynam dostrzegać znacznie więcej. Onegdaj zachód Europy oddalony, jawił się w barwach dobrobytu, organizacyjnego ładu, postępu technicznego. I właściwie tylko na to zwracało się uwagę.
Dziś postrzegam Unię Europejską bardziej krytycznie. Przede wszystkim wkurza mnie rozbuchana biurokracja. Tłumaczono mi kiedyś, że o sile i bogactwie gospodarstwa decyduje ilość i jakość produkcji. Czyli wytwórczość. Przemysłowa, rolnicza, wydobywcza. Wytwórca jest w tym procesie gospodarczym najważniejszy. Urzędnik jest także potrzebny. To oczywiste. Ale w racjonalnej proporcji. Potrzebny jako pomoc w skutecznym zorganizowaniu procesu produkcyjnego. W centrali europejskiej, która jest taką urzędniczą czapą, dostrzegam niebezpieczny biurokratyczny przerost administracji. Angielska baronessa, którą osadzono na stanowisku szefowej spraw zagranicznych, ostro zabrała się do roboty. Zaczęła od... zwiększenia zatrudnienia ludzi w europejskiej dyplomacji. O, bagatelka! Dwa tysiące dwunożnych! Bo dotychczasowe przedstawicielstwa będą miały status ambasad.
Czy w związku z tym suwerenne państwa pozamykają swoje ambasady? Przedsięwzięcie wygląda na klasyczne tworzenie bytów. Za duże pieniądze. Olbrzymie, idące w miliony euro. Złożą się na nie podatnicy krajów zjednoczonych w Unii. Także Polak-szarak. Mówienie o tym, że owe pieniądze trafią do kieszeni, w pierwszej kolejności, najbliższych sercu imć baronessy, czyli jej rodaków z wyspy, jest zbędne. Bo to oczywista, oczywistość - jak mawia klasyk retoryki naszej Neandertalii. Najpewniej będzie awantura, bo Francuzi, Niemcy i ich koledzy, obeznani z teorią Parkinsona, nie pozwolą odsunąć się od żłobu.
Przed laty inna komisarz unijna wplątała się w uzdrawianie naszego przemysłu stoczniowego. Zrobiła to tak skutecznie, że główny trzon tego przemysłu w naszym kraju został zlikwidowany, a związane z tym perturbacje odbijają się czkawką po dziś. Nie znam szczegółów tamtej operacji. Ale dziwnie mi zapachniało, gdy dowiedziałem się, że pani wysoka komisarz pochodzi z kraju, dla którego każda stocznia, w dowolnym miejscu na kuli ziemskiej, stanowi konkurencję. Ale dość narzekania. Życie wprowadzi stosowne korekty. To tylko kwestia czasu. Hau! Hau!
poniedziałek, 22 marca 2010
Licznik odwiedzin: 1809748
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
BRONISŁAW owczarek niemiecki(ON)długowłosy, podpalany, obserwator i komentator wydarzeń podwórkowych, rzecznik praw Burków