Bloog Wirtualna Polska
Są 1 277 274 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Advocatus diaboli

piątek, 30 września 2011 16:40

 

   Radiowa Trójka wywaliła pisuardesa. Jednego z bliźniaków, tez na literę K. Według mnie słusznie, choć za późno. Ostatnio każda jego audycja była agitką partii, której wiernie służy. Parę tygodni temu pisałem na tym blogu o przesadnej stronniczości tej rozgłośni. W tzw. publicystyce akcenty nie były rozłożone równomiernie, preferencja partii z prawem i sprawiedliwością w tytule była niesprawiedliwie hołubiona. Prywatne radiostacje mogą sobie dowolnie obdzielać swoimi sympatiami dowolnie wytypowane partie. Dopuszcza takie zachowania i gwarantuje ich swobodę prawo własności. Radio publiczne jest własnością społeczeństwa i swoim zainteresowaniem musi równo obdzielać wszystkich. Tu nie ma wybranych i uprzywilejowanych, obowiązuje zasada obiektywnego przedstawiania rzeczywistości. Zasada jest stosowana dość wybiórczo, jak to w życiu bywa, lecz są granice, których przekraczać nie wolno!

   Obywatel M.K. owe granice nie tylko przekraczał, on je wręcz łamał. Mogę zaświadczyć bo jestem wiernym słuchaczem Trójki od dawien, dawna. Mogę więc z ręką na sercu zaprzysiąc, że sprawiedliwości stało się zadość, aczkolwiek ze sporym opóźnieniem. W obronie relegowanego dziennikarza wystąpił wybitny autorytet moralny, znany nie tylko w kraju, ale poza jego granicami także, Ryszard Czarnecki ksywa „Żużel”. Tak bowiem pieszczotliwie ochrzcili go, zauroczeni jego prezesowaniem we wrocławskim klubie (omal nie doprowadził do ruiny, jak twierdzą), prawdziwi kibice i sympatycy. Przeszłość eurodeputowanego (z nadania PiS) jest tak kryształowo klarowna, tak wyjałowiona z jakichkolwiek zawijasów, dwulicowości i przesiadek z jednej kanapy partyjnej na drugą, że jego głos brzmi tubalnie, a przede wszystkim wiarygodnie. Oczywiście w jego opinii obywatel M.K. został niesprawiedliwie wyrzucony, za sprawiedliwe poglądy i prawo do ich głoszenia. Czyli zupełnie odwrotnie do zasad obowiązujących w publicznej służbie dziennikarskiej.

   Dla wzmocnienia swoich i tak niepodważalnych argumentów, sięgnął po przykład Manna, który szkaluje i rozmienia na drobne dobre imię Trójki, występując w reklamach. Niedawno ja także wyraziłem swój krytyczny pogląd o panach M., występujących w głupawych klipach bankowych, ale rozumiem pecunia itd. A ta pecunia była, jak podejrzewam, spora. Mann z tego co wiem, nie jest etatowym dziennikarzem tej radiostacji, jest usługodawcą, a to daje mu inny status. Co jednak najważniejsze, pan Wojciech występując w reklamie banku absolutnie nie miesza się do polityki! Podczas gdy tamten dżentelmen, w którego obronie, bardzo mizernej, dla jasności sprawy, występuje Ryszard „Żużel” Czarnecki, zajmował się wyłącznie jednostronną agitacją polityczną. Ale to, w mniemaniu adwokata, wcale nie było naganne, a wręcz przeciwnie, pożyteczne, sprawiedliwe, potrzebne. Ozdrowieńcze dla całej Polski, a w szczególności dla p. Czarneckiego i jego partyjnych kolegów. Za 9 dni karty w urnach udzielą odpowiedzi, na wiele dziś stawianych pytań. Cierpliwości! Hau! Hau!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (99) | dodaj komentarz

Marzenia mistrza Jana

środa, 28 września 2011 16:53

 

   Dopóki stał między słupami był najlepszy. Przynajmniej w naszej Neandertalii. Pewnego pięknego dnia dokonał wyczynu nie lada. Wziął był i zatrzymał Anglię. Tak, tę samą Anglię, która w tamtych czasach rozjeżdżała wszystkich. No, może prawie wszystkich. Noszono go niemal na rękach, acz z pewną niechęcią, bo to duże i ciężkie chłopisko. Ale sławny był, popularny i lubiany. Jednak całe życie między słupami przestać się nie da. Bo po jakimś czasie oczy już nie te, nogi też leniwca zaczynają ćwiczyć, a na dodatek człowiek, zupełnie niechcący, postarzał się o co najmniej kilkanaście kilogramów. Należało więc cisnąć rękawice w kąt i zająć się czymś nowym. Ale jakim „nowym”? Nie byle jakim. Bo to musi być takie nowe, żeby wciąż podziwiali, czcili i na rękach… no, nie muszą już nosić, bo do cetnara z ochłapem potrzeba plutonu osiłków, ale sława powinna pozostać!

   Różnie bywało z tym „nowym”. Kupa lat stania między słupami trochę teraz zaczęła przeszkadzać. Co normalne, wszak wszystkie talenty na jednego, nawet wybitnego nie spadną. Więc mistrz Jan pozostał wierny piłce kopanej, ale inaczej. W tym miejscu muszę wyjaśnić, że używam słowa mistrz nie w znaczeniu majster. Nie! Ma mój bohater papiery na tę okoliczność, a nawet różnokolorowe krążki potocznie medalami zwane. Postarzał się o te kilogramy, lecz za to język stał się giętki, a umysł analityczny. I w ramach osobistej odnowy stał się recenzentem centralnego związku piłki kopanej w naszej N. Ostrym recenzentem. Więcej powiem, bezkompromisowym recenzentem. Ponieważ krzyczał głośno, usłyszał go były prezes owej centrali i zmarkotniał srodze, bo recenzent, niestety miał w tej krytyce bardzo często rację. Za często! Zamknął mu usta w najprostszy sposób. Zaprosił do współpracy i dał stanowisko szefa do spraw etycznych. Zbyt długo nie zagrzał tam miejsca, gdyż chłop temperamentny i z charakterem. Liznął polityki i odkrył – to jest to!

   Dziś marzenia mistrza Jana sięgają wysoko. Będzie mianowicie wybierał między stanowiskiem szefa sejmowej komisji do spraw sportu, albo pójdzie rządzić sportem osobiście z ministerialną teką pod pachą. Jest tylko jeden maleńki warunek: PiS musi wygrać wybory. To bagatelka, wszak cała kibicowska armia wiadomo jakiego wyboru dokonała. Mistrz Jan już szykuje program naprawy, redukcji, weryfikacji, rozwalenia (oczywiście PZPN-u), rozdawnictwa stanowisk oraz spełnienia postulatów kiboli, co im się sprawiedliwie za wsparcie prawa i sprawiedliwości należy. Powiem Wam w zaufaniu, że lubię mistrza Jana i chętnie bym na niego zagłosował. Tylko cholernie daleko mam do Łodzi, a jeszcze dalej do PiS-u. Więc chcąc, nie chcąc, oddam głos na Tuska i jego platformę. Ale karierę mistrza Jana śledził będę z uwagą i życzliwością. Nie ujawniam nazwiska bo piszę do myślących i zorientowanych. Hau! Hau!   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (96) | dodaj komentarz

Tajfun wirtualny

niedziela, 25 września 2011 14:18

   Tajfun PiSlamistów (pożyczyłem od Blondynki, bo mi się podoba, i Blondynka, i neologizm) przeleciał nad tym blogiem. Już go nie ma. Nie wyrządził żadnych szkód, gdyż nie miał argumentów, a jedynie słowa obelżywe. Moi najsympatyczniejsi goście, tworzący drużynę Zaszczepionych, niedawno zostali zwolennikami owczarka niemieckiego, długowłosego i podpalanego na dodatek. Na nich ów tajfun zrobił odstręczające wrażenie. Na mnie mniej, bo w trakcie pięcioletniej przygody z „Zapiskami”, nawiedził mnie nie jeden taki tajfun. Było kilka o potężniejszej sile. Wyszedłem z opresji bez szwanku, za to z pożytecznym doświadczeniem. Wystarczy rzut oka i pierwsze dwa wyrazy, by darować sobie przedzieranie się przez gąszcz inwektyw, obelg, chaotycznej pisaniny bez ładu i składu, że o logice i umiejętności przekonywania nie wspomnę nawet. A więc tajfun był i się zbył. Wszystko wróciło do normy. Zaszczepieni rozmawiają ze sobą w sposób (jak zwykle) kulturalny, poprawną polszczyzną, niekiedy wręcz językiem literackim, co wielką frajdę mi sprawia, rzeczowo i spokojnie uzasadniając swoje racje. I tak już zostanie. Dopóki nie znudzi im się gospodarz… A tajfuny?

   Tajfuny od czasu, do czasu nawiedzać nas będą. To nieunikniona kolej rzeczy. Niemal wszystkie stacje telewizyjne uczą młode i starsze pokolenia jak nie należy rozmawiać. To znaczy, nie uczy, tylko pokazuje, jak „rozmawiają” ze sobą tzw. czołowi politycy. Oglądałem niedawno w akcji trzech przedstawicieli partii nastawionych do siebie, co najmniej bez entuzjazmu. W takim programie „publicystycznym” musi być przynajmniej dwóch z przeciwstawnych partii, gdyż tylko wtedy audycja ma szansę powodzenia. A powodzenie jest wtedy, jak owi zaproszeni politycy skaczą sobie do oczu, bo przecież po to zostali zaproszeni. Tym razem w ringu stanęli panowie Brudziński, Halicki i Kalita. Brudziński zaczął drwić z Napieralskiego i SLD, że jeżdżą do Londynu kabanosy sprzedawać. Skorzystawszy, że był przy głosie bronił Jacka Kurskiego, który wcześniej za próbę samospalenia przed kancelarią obciążył winą…oczywiście Tuska. Co również z wdziękiem zrobiła p. Jakubiak, chyba już z przyzwyczajenia wtórująca pisowskiej retoryce. Kalita runął na Halickiego, że Tusk nie uporządkował finansów publicznych. Zapomniał nieborak(albo raczył nie pamiętać), że SLD za swoich rządów miało znacznie więcej czasu i nawet palcem nie kiwnęło, by rozwiązać ten nabrzmiały od dziesięcioleci problem.

    Halicki nie jest gapa w przepychankach słownych. Odparowywał zarzuty i tęgo walił po oczach. Anita Werner zepchnięta do podziemi próbowała zadać merytoryczne pytania. Bez skutku. Panowie przyszli z własnymi pytaniami i, o dziwo, przygotowanymi odpowiedziami na nie. Bałagan, galimatias. Chwilami trzech mówiło na raz!   Była to dość typowa lekcja prowadzenia „rozmowy”. Tajfuniarze okazują się być zdolnymi uczniami i naśladowcami. Wyrasta pokolenie zaślepionych fajterów. Signum temporis?... Porażające! Nie wierzę! Hau! Hau!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (138) | dodaj komentarz

środa, 24 stycznia 2018

Licznik odwiedzin:  5 465 138  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

BRONISŁAW owczarek niemiecki(ON)długowłosy, podpalany, obserwator i komentator wydarzeń podwórkowych, rzecznik praw Burków

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Statystyki

Odwiedziny: 5465138

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl